|
|
|
| aktualizacja: środa, 06 lipca 2005 godz. 13:47 |
 |
 |
  |
 |
Urszula Ledzewicz
|
|
Rozmowa z Urszulą Ledzewicz, autorką powieści „Nie tracąc nadziei”. Pisarka pochodzi z Łodzi, gdzie ukończyła Wydział Matematyki na Uniwersytecie Łódzkim, a potem uzyskała tytuł doktora i była adiunktem na uczelni. W roku 1986 wyjechała na stałe do Stanów Zjednoczonych. Obecnie jest profesorem na Uniwersytecie Southern Illinois. Utrzymuje stałe kontakty z krajem. Opublikowana powieść jest jej debiutem literackim.
|
 |
 |
 |
 |
Urszula Ledzewicz (fot. pd) |
|
 |
|
Akcja książki rozpoczyna się przed wojną, potem przychodzą tragiczne wydarzenia – wywózki, deportacje, dramat łagrów, wyprowadzenie armii generała Andersa do Iranu i życie emigracyjne w Stanach Zjednoczonych oraz nieprawdopodobny sukces firmy założonej przez głównych bohaterów.
Pisze pani we wstępie do swojej powieści, że jako całość jest ona fikcją, ale też, że wykorzystała pani opowiadania i informacje od znajomych...
Syberii nie mogłam wymyślić, to są wszystko opowieści ze środowiska emigracyjnego w Saint Louis. I nie są to opowieści jednej osoby, te opowieści się powtarzają, jak głód i zimno, a także opowieści o dzieciach, które były odrywane od rodziców, a potem rodzice szukali je po sierocińcach i brali jakieś podobne dzieci i traktowali jak swoje.
Prawdziwy jest też chyba wątek małżeństwa, które odniosło amerykański sukces...
Piotr i Anna, bohaterowie mojej książki, mają swoje prototypy w osobach Jana i Olgi, małżeństwa, które w Hollywood założyło firmę i odniosło bajkowy sukces. O tym opowiedział mi mój agent finansowy. Byli bogaci i sławni, a potem z nieznanych powodów sprzedali firmę. Tyle jest prawdy, ale inne wątki są wymyślone. Wszystkie są wymyślone, również wątki poboczne...
I z tej mieszaniny prawdy i fikcji stworzyła pani zwartą konstrukcję powieściową...
Trochę pomogła mi wiedza z nauk ścisłych i logiki. Nie ma u mnie długich opisów przyrody, bo tego nie potrafię. Można mi wiele zarzucić, ale na pewno nie ma nielogicznych wątków. Chciałam na przykład niespodziewane spotkanie bohaterów uczynić prawdopodobnym i wybrałam na to zdarzenie dzień Wszystkich Świętych, bo wtedy takie spotkanie na cmentarzu, kiedy przychodzą krewni, jest najbardziej prawdopodobne.
Jak długo powstawała pani książka?
Usiadłam i całą historię wymyśliłam w kilka dni, a potem ją tylko spisałam.
Powieść ma tytuł „Nie tracąc nadziei”...
Chciałam przekazać, że rzeczywiście nadzieja umiera ostatnia. W przypadku mojej bohaterki działa metafizyka, która mówi, że ona jako matka odczułaby, że jej syn zginął, a tu nic takiego nie przeżyła i do tego on jej się śnił jako dorosły człowiek. Także ludzie w obozach nie mogli żyć bez nadziei. Nie chciałam napisać książki o obozach, które zazwyczaj kończą się, gdy kończą się obozy, a nie pisze się o dalszych losach tych co przeżyli, którzy tyle doświadczyli, bo wszystko, czego nie można kupić za pieniądze, to los im zabrał...
„Nie tracą nadziei” jest pani debiutem...
Tak, to moja pierwsza wydana powieść, ale mam przecież na swoim koncie osiemdziesiąt prac matematycznych. To jest rezultat dwudziestu lat pracy naukowej, a w której teraz mam najbardziej owocny okres. Zajmuję się zastosowaniami matematyki dla biomedycyny, a bliżej – różnymi metodami terapii raka. Polega to na tym, że eksperymentujemy komputerowo i matematycznie, a nie pacjentach.
Jak wobec tego pani godzi te dwie dziedziny pani twórczości...
Dostałam ostatnio wiele grantów i mój uniwersytet zwolnił mnie z uczenia studentów, co było zresztą dla mnie szczególnym przywilejem. A ponieważ nie można całego dnia poświęcać na matematykę, znalazłam sobie drugie zajęcie.
|
|
|
1 2 >>
|
|
etender |

 |
|
| |
WIĘCEJ W DZIALE |
| |
|
|
|
|